Wrocławianin z wyboru


Roman Marciniak

Czuję  przemijanie

„Co Ty, Janek, Ty, który głosisz królestwo niebieskie, robisz tak, jak chciałbyś na tej ziemi żyć wiecznie?” Żartuję w ten sposób, gdy w naszych niedzielno-wieczornych pogawędkach mój Przyjaciel dotyka – niejako mimochodem – jakiegoś zagadnienia medycznego. Obaj wiemy, jak daleko posunęliśmy się w latach i że wielu naszych rówieśników opuściło już ten świat. Mój Przyjaciel Jan Krucina, który odwiedza mnie co najmniej raz w miesiącu, w niedzielny wieczór, wylicza listę tych, którzy już odeszli z jego najbliższego klerykalnego środowiska. Wymienia okrągło czterdziestu kapłanów, których zastał, kiedy po doktoracie na KUL wracał na Wrocławski Ostrów Tumski, a którzy są już po tamtej stronie.

Podobnie jest i z moimi towarzyszami rzemiosła medycznego, zwłaszcza bliskimi często kolegami profesorami z Akademii Medycznej. Do nich dochodzi wielki zastęp lekarzy, specjalistów, z którymi przyszło mi współpracować w różnych szpitalach i klinikach Wrocławia, a często się i serdecznie przyjaźnić w ostatnich pięćdziesięciu latach.

Pół wieku to szmat czasu, kiedy po dwóch przesileniach politycznych, po tej całej smutnej przeprawie ze wschodu na zachód, może się wydawać, że w ciągu minionego 20‑lecia sytuacja społeczno-polityczna wraca stopniowo do normalności.

Spieramy się w owe niedzielne wieczory często, co do jakości dokonujących się przemian. Dla mnie są one zbyt wolne, nieudaczne, niedopracowane, w porównaniu z państwami zachodu ledwo dostateczne. Bywałem często w Ameryce, absolwowałem wiele zjazdów i sympozjów w niemal wszystkich krajach Europy, widywałem Arabów na bliższym i dalszym Wschodzie. Dlatego porównuję, być może zbyt krytycznie, jak wiele spraw u nas jeszcze szwankuje.

Mój rozmówca przeprowadził się, gnany okolicznościami polityczno-zawodowymi, z Czech do Polski. Tam nie mógł być księdzem, co w Polsce było możliwe. Przybył w atmosferze odwilży Października 1956, kiedy w porównaniu z warunkami czeskimi, niemal wszystko go zachwycało. Po cichu – kiedy on o tym rozprawia – myślę sobie, ileż w tym naiwności. Janek robi wrażenie człowieka pełnego nadziei i entuzjazmu. Rozumiem poniekąd zapał człowieka wychowanego w polskiej, patriotycznej rodzinie – w otoczeniu odmiennym. Mimo to często się z nim nie zgadzam. To tylko ubarwia nasze przyjacielskie różnice. Już sam stopień cywilizacyjny w Czechach wydaje mi się wyższy, na co Janek zgłasza wiele zastrzeżeń. Urodzony za kordonem granicznym jest entuzjastą Polski i nieprzerwanie wyznaje nadzieję, że jest, a co ważniejsze, że w przyszłości będzie coraz lepiej zarówno gospodarczo jak i cywilizacyjnie. Wyznaje pogląd, że nasze społeczeństwo wymaga kształcenia, wyższego wzniesienia w świadomości podstawowych wartości wyrobionego moralnego konsensu społecznego i że wówczas dorównamy nawet najlepszym.

I tu wzbierają między nami twórcze spory. Powtarzam mu często – ja rozmiłowany Lwowianin – że lepiej jeden krok na Zachód niż dziesięć na Wschód. Wówczas On opowiada o Lubelszczyźnie, którą poprzemierzał w czasie studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim – tak samo o wyobrażeniach Wileńszczyzny, o której dowiadywał się nie tylko od Kard. Gulbinowicza, ale od ukochanego nauczyciela z Zaolzia, który wzbudził w nim zachwyt dla Pana Tadeusza a tym samym i całego jego geograficznego tła. Dowodem niech będzie fakt, że kiedy Kard. Kominek, po powrocie z Rzymu i Paryża, przywiózł mu stypendium na studia w Paryżu, On wolał pozostać w Lublinie, chociaż w gimnazjum uczył się języka francuskiego. Widzę w Janku wiele romantyzmu, podczas – jak mnie się wydaje – mnie życie uczyło realizmu, zwłaszcza, kiedy latami musiałem jeździć po habilitacji z wykładami do Białegostoku, gdyż nie znalazło się dla mnie miejsce we Wrocławiu.

Nie ma jakichś poważnych sporów w naszych poglądach – różnice te w samym gruncie błahe, stanowią raczej dopełnienie światopoglądowe. Nierzadko przechodzimy na debaty filozoficzne, które w naszym wydaniu stanowią pomost między moim wykształceniem przyrodniczo-medycznym z zainteresowaniem humanistycznym a jego teologią i naukami społecznymi. Spieraliśmy się kiedyś o to, co pobudza zachowania ludzkie, postępowania społeczne.

Krucina jako spowiednik musi wiedzieć, że ludzie nie są idealni. Ciągle jednak wierzy – mimo wielu współczesnych nadużyć, które często leżą jak na dłoni – w dobry, wzrastający bieg dziejów. Omnes bonum appetunt. Wydaje mu się, że ludzie stawiają ciągle nowe ideały, wierzy w wartości, ulubionym jego pojęciem jest dobro wspólne i stąd nadzieja, że poziom życia obywatelskiego będzie się podnosił.

Zwróciłem kiedyś uwagę, że z moich spostrzeżeń ludzie raczej gonią za dobrem własnym niż za jakimś urojonym dobrem wspólnym. Trzeba zważyć, ileż zazdrości czy zawiści zakłóca współżycie już to zawodowe, już to sąsiedzko-społeczne. Janek nie chce się z tym zgodzić, żeby tylko zazdrość rządziła ludźmi. Przyniósł mi kiedyś grubą książkę Herberta Schöcka – Der Neid als Sozialprinzip. Chociaż myśli tej książki biegną po mojej stronie, a książka jest trudna i zawiła, Janek uważa natomiast, że jest pisana z jednostronnych pozycji filozoficznych, a właściwie antropologicznych. Dla niego właściwie skrojona wizja człowieka, osoba ludzka pojmowana po chrześcijańsku jest wszystkim.

Z mojej strony odwdzięczam mu taką wysoką lekturę systematyczną dostawą niemieckiego „Spiegla” lub angielskiego „Newsweeka”. Cóż, kiedy Janek, szczególnie w „Spiglu” dopatruje się za wiele krańcowego liberalizmu.

Gdyby nasze spotkania były nudne, to byśmy się nie spotykali. Są wielostronne, gdyż nie spieramy się tylko o naukę czy politykę. Interesuje nas również dzień pospolity, także powszechność, a wraz z nią przeżycia naszych bliźnich, wspólnych znajomych, których mamy jeszcze wielu, chociaż nasze szeregi rzedną. Wraz z biegnącym czasem i my przemijamy.

Krucina ma to do siebie, że chociaż odbieram go jako osobę głęboko religijną, jest przecież kapłanem, umie zachować niezwykłą tolerancję, nawet pewien liberalizm, co mogę namacalnie oglądać, kiedy zapraszam do siebie różnych gości, mających zgoła inne spojrzenie na życie niż Janek. Nikt z moich gości nie uznał go za ciasnego klerykała, tym bardziej, że nie tylko po polsku potrafi wyłożyć spokojnie nawet najbardziej odmienny punkt widzenia od swego rozmówcy.

O wspólny mianownik, zwłaszcza przy szerokim patrzeniu, nie trudno. Ostatecznie bowiem zawsze chodzi o to, byśmy na tym świecie poruszali się przyzwoicie i szczęśliwie oraz możliwie bez wielkich boleści dotarli do ostatecznej mety. Piszę to jako lekarz, który napatrzył się na wiele cierpień, a jako radiolog musiałem zauważać w ludzkich organizmach choroby, których pacjenci lękają się wprost panicznie.

Mówimy o ostatecznej mecie życia. Janek tę metę utożsamia z najpiękniejszym spotkaniem naszej egzystencji – widzeniem się z Bogiem. Kiedyś mi mówił, że nie wierzy, by istnieli prawdziwi ateiści. Ludzie niewierzący. Z pogodą ducha twierdzi, że nawet wobec owych pozornych ateistów, „bezbożników”, Bóg stosuje swoisty rewanż, nękając ich pytaniami – po co, dlaczego, skąd, dokąd? Jest to klasyczne pytanie o sens życia a Janek nazywa to, przypuszczam że za jakimś filozofem, „revanche de Dieu”.

Jest to oczywista postawa racjonalna, która intryguje mojego Przyjaciela, zwłaszcza kiedy mu mówię o swoich lekturach Biblii, Nowego Testamentu, z czego On się szczególnie cieszy.

Spotykamy się od wielu lat, niejako w określonych rytualnie odcinkach czasu. Zazwyczaj w radości i pogodzie ducha, której naszej przyjaźni nie brakuje. Na osiemdziesiąte urodziny życzę Ci Janku, by Tobie tej nadziei, tego optymizmu zawsze starczyło.