Wrocławianin z wyboru


Kard. Franciszek Macharski

Na  wieczór  życia

Snułem kiedyś wspomnienia z Franciszkańskiej. Rozrastały się one – zwłaszcza w rozmowach – i przybierały stopniowo kształt książek.

Miałem tę łaskę, że mogłem towarzyszyć Ojca Świętemu Janowi Pawłowi II w wielu podróżach do świata. Toteż do rozważań z Franciszkańskiej mogę dodawać reminiscencje z przeróżnych zakątków naszego globu, a wśród nich te najdroższe – i z Krakowa, i z Rzymu. Jakaż byłaby to naręcz przeróż­nych przemyśleń, kiedy nachodzą mnie one dzisiaj w gronie Sióst Albertynek, w bliskości Sanktuarium Ecce Homo.

Kiedy mam zebrać zaledwie kilka myśli do księgi na 80-lecie ks. prof. Jana Kruciny, wystarczy z owej nieprzebranej kolorowej wstęgi pamięci wybrać parę obrazków.

Nie to jest ważne, że z ks. Kruciną spotykaliśmy się, kiedy byłem rektorem Seminarium. Choćby na Wiedeńskich Dniach Duszpasterskich w powigilijnej atmosferze – gdzieś w początkach lat siedemdziesiątych. O wiele ważniejsze, iż mógł on bywać ze mną na miejscach szczególnych – tam gdzie zatrzymywał się nasz Sługa Boży Jan Paweł II – bądź w Krakowie, bądź we Wrocławiu. W moim Krakowie, nie pomijając ani na chwilę wspaniałych uroczystości papieskich, wywołuję z oddali wielki Kongres Teologów Polskich z udziałem ponad 700 teologów polskich zgromadzonych przez Kard. Karola Wojtyłę. Na ów czas było to wydarzenie potężne.

Wrocław należał do wielu moich wypraw, gdyż przedłużały one szla­ki podejmowane najpierw przez Metropolitę Krakowskiego a potem przez Ojca Świętego.

Wybiorę najpierw czas 46. Międzynarodowego Kongresu Eucharystyczne­go. Po niedzielnej inauguracji przez Sekretarza Stanu Stolicy Apostol­skiej, już w pełnym rozruchu poniedziałkowego dopołudnia, w Hali Kongreso­wej celebrowałem pierwszą Mszę św., podczas której kaznodzieją miał być znany biskup z Moguncji Karol Lehmann. W przeddzień wieczorem zgasła jego matka, co wykluczało jego przyjazd do Wrocławia. Przesłał późnym wieczorem swój niemiecki tekst pocztą internetową. Widzę tuż przed Mszą św. ks. Krucinę z zapytaniem do mnie – jak, w jakim języku słowa bpa Lehmanna mają być wygłoszone? Lektor kongresowy podporządkował to rozstrzygnięcie całkiem mojej decyzji. Pamiętam jak rozglądaliśmy się po twarzach licznie zgromadzonych uczestników, chcąc odgadnąć ich proweniencję. W końcu powiedziałem. Jasiu, rób po Lehmannowemu i po naszemu. I tak też się stało: Kazanie pojęli i Niemcy , i Polacy.

Po południu postanowiliśmy wysłać współczujący telegram kondolen­cyjny. Pamiętam. Nosił on dwa podpisy, zaś przyszły kardynał Moguncji pozostawał nam długo wdzięczny za widome trwanie w świętych obcowaniu. Nie zapomniałem dotąd, żeśmy układając ów długi, treściwy telegram wywołali kilka zagadek, które potem życie rozwiązało – poniekąd nieco inaczej niż nam się wówczas wydawało.

Za tydzień przybył na Kongres z „prażącego” Rzymu do ochłodzonego Wrocławia Ojciec Święty Jan Paweł II. Obchodził nas wszystkich na lotnisku i w katedrze, modlił się z nami podczas Statio Orbis, wypominając ówczesnej propagandzie ze szczególną ekspresją – jakże by Kościół mógł być przeciwko wolności, która jest jego ulubionym posłaniem. Ku wolności wyswobodził nas Chrystus! Niezapomniane pozostanie nabożeństwo ekumeniczne w Hali Kongresowej i wreszcie zanucona przez Papieża starodawna pieśń Zróbcie Mu miejsce na zakończenie Kongresu. Ale okazało się, że wraz z odmieniającymi się zwrotkami ubywało śpiewaków. Ostatnią zwrotkę znał tylko Ojciec Święty i On też w jej urzekającym brzmieniu wyśpiewał ów wzruszający finał Kongresu do końca.

Do Wrocławia zapraszał mnie jeszcze za rządów kard. Kominka nasz Przyjaciel ‑ i Ojca Świętego i mój – ks. rektor Majka. On też wraz z ks. Kruciną za decydującym wsparciem kardynałów Wojtyły i Kominka wskrzeszali od 1968 roku odradzający się fakultet teologiczny. Toteż kiedy ks. Majka odszedł do Pana, nie mogłem się owej pogrzebowej niedzieli nie stawić do Eucharystii wraz z setkami duchowieństwa nad trumną Józefa Majki i towarzyszyć jego cielesnym szczątkom na cmentarz. Wraz z telegramem Ojca Świętego wygłosiłem słowo pożegnalne po kazaniu ucznia i współpracownika Zmarłego – ks. Kruciny.

Pamiętam, że po kolacji u kard. Gulbinowicza gwarzyliśmy długo razem o zadaniach fakultetu, ale i zadaniach Kościoła, jakie rysowały się przed nami.

Żadną miarą nie mogłem też omijać jubileuszy samego Gospodarza – kard. Henryka Gulbinowicza. Wiem, że było ich kilka, ale raz i drugi mogłem wygłosić solenne kazanie. Było ono zakotwiczone głęboko w pamiątce Wieczerzy Pańskiej, ale podkreślałem też dokonania Jubilata, o których podczas uroczystego obiadu mówili liczni oddani współpracownicy.

Przypomina się jeszcze jedna szczególna okazja wrocławska z udziałem silnej reprezentacji obu sąsiednich episkopatów polskiego i niemieckiego. Rozważaliśmy dalekosiężne konsekwencje orędzia biskupów polskich do ich niemieckich braci. Zarówno w katedrze, jak i w auli Papieskiego Wydziału padały doniosłe słowa. Również takie, które w zjednoczonej i pojednanej Europie wyznaczają Kościołowi niemałe zadania. W powietrzu wisiała już wiadomości, że po kilku tygodniach od na­szego spotkania Władze miasta Wrocławia oraz Biskupi wrocławscy odsło­nią okazały pomnik głównego autora orędzia – kard. Bolesława Kominka.

Uczestniczyłem też w otwarciu Domu Jana Pawła II. Obchodziliśmy z ks. Kruciną niemal cały gmach. Krucina odsłaniał mi arkana tej niepospolitej budowli. On też wręczył mi od kard. Gulbinowicza klucze do przygotowanego dla mnie cudownego apartamentu. Architektura tego wzniesienia to jedno z ostatnich dokonań kard. Gulbinowicza, poświęcona przez Sekretarza Stanu kard. Sodano. Kunsztowności tej budowli dały nam okazję, aby jeszcze po oficjalnych uroczystościach snuć rozważania o wielorakich jej możliwościach.

W tej serii moich odwiedzin Wrocławia to ingres nowego metropolity abpa Mariana Gołębiewskiego, którego znam od dawna. Intro­nizacja nowego ordynariusza podpowiada myśli o ciągłości i wielkości Kościoła, o jego nieprzerwanym wbudowywaniu się w przyszłość.

Snuję te moje wspomnienia ze środowiska św. Brata Alberta, tak jak spoglądałem na bieg i przeszłość wydarzeń z „papieskiego” domu – Franciszkańskiej 3. Kościół patrzy za siebie, ale wybiega i w przyszłość. Nie wiemy, ile jeszcze ciekawych wydarzeń za naszego życia będzie można odnotować we Wrocławiu, w Krakowie, w różnych miejscach Polski, w Rzymie – na świecie. Wiemy jednak, że prowadzą one nas w nieśmiertelnej nadziei do Największej Radości – do Spotkania z Panem.