Wrocławianin z wyboru


Rozmowa przyjaciół

Ależ nam Pan Bóg pozwolił dożyć pięknych czasów
Rozmowa ks. prof. Jana Kruciny z ks. kard. Franciszkiem Macharskim

Eminencjo, czy wolno zapytać kardynała, jakie samopoczucie ożywia go, kiedy po tak pracowitych latach władania papieską diecezją, nie musi już całą siłą tkwić w gąszczu zdarzeń kościelnych i oficjalnych?

Pytasz, Jasiu, dość pospolicie. Mimo bolesnego odchodzenia naszego Ojca Świętego, miałem dość czasu, by przygotować się na czasy wytchnienia. Myślę zresztą, że i ty wiesz dzisiaj, co znaczy wiek emerytalny. Mówiliśmy o tym trochę ostatnio we Wrocławiu przed ingresem abpa Gołębiewskiego.

Wiem i nie wiem. Mam w pamięci zaskakującą rozmowę z jednym z nuncjuszy, któremu po dziewięciu placówkach kończył się zgodnie z wiekiem czas służby dyplomatycznej. Zaskarbiłem sobie kawałek jego zaufania, skoro podczas wieczerzy, w której uczestniczyli jego goście, wypowiadał cicho swoje obawy, jak w bezczynności ułożą się jego nastroje. Bał się, co będzie w jego „Gemütsleben”.

Czy chcesz zasugerować, że groziłby mu napad jakiejś depresji?

Z tego, co wiem o nim dzisiaj, nie pogrążyła go żadna uczuciowa huśtawka. Cieszę się, że ten wielce szlachetny człowiek, raduje się duszpasterstwem, no i nie brakuje mu ochoty do lektury, pisania i przede wszystkim modlitwy.

Mnie, Jasiu, taka myśl nigdy nie przyszła do głowy. W archidiecezji krakowskiej jest ciągle wiele roboty, a czas który zaoszczędzam zagospodarowuję jak nas tego od młodości uczył Kościół. Lubię, medytując, zaglądać do Pisma Świętego, ale nie przeczę, szperać też w ulubionych książkach, które kiedyś utkwiły we mnie jak jakieś niewyczerpane przystanki zadumy.

To już wiem, o co chodzi. Podczas któregoś kazania czy egzorty Eminencji we Wrocławiu podpatrzyłem ślady również dla mnie drogich lektur. Raz podczas poświęcenia nagrobka kard. Kominka, kiedy indziej na otwarcie Dni Duszpasterskich.

Słuchaj. Takie myśli osadzają się niekiedy głęboko w człowieku, czytane dawno, raz w domu, to znów gdzieś na obczyźnie. One się z czasem zlewają w jedno. Ja pamiętam, jak mnie pytałeś czy to o „godzinę Jezusa” z Guardiniego, czy o coś innego z Karla Adama. Wiem, że we Fryburgu czytałem dużo wspaniałych rzeczy – francuskich, niemieckich. Nie wiem, czy wiesz – organizowali wtedy dość głośny, szczególny zjazd w Szwajcarii. Pastoralni teologowie chcieli wreszcie opisać status teologii pastoralnej.

Pamiętam, to dochodziło w ułamkach też do Lublina. Rektorowi Rechowiczowi też zależało na umocnieniu sekcji pastoralnej i szukał natchnienia, gdzie się dało. Z Fryburga przychodziło sporo interesujących książek, czasopism. Zaglądałem często do „Animy”, dopóki Müller z Erhaterem nie zrobili z niej i „Seelsorgera” nowego pisma – „Diakonii” i sprawę popsuli. Rechowicz podkreślał, że budując metodologię rozważań pastoralnych, nie wolno omijać klasyki. Sam tkwiłem długo u Scheebena, Karla Adama, który nadspodziewanie okazał się dla mnie później jak znalazł.

Nie wiem jak ty odbierałeś, chyba później, uniwersytet we Fryburgu, ale mnie urzekała ta otwartość, dwu, a nawet trójjęzyczność. Małe, ale piękne! Zresztą jak wiesz, doktoryzowałem się tam z dobrych książek i pod wspaniałym kierownictwem, co było dla mnie niemałym natchnieniem.

Jakże doskonale pamiętam, jak Romek Rak upolował tę książkę. Szła z rąk do rąk. Bo mnie Józiu Majka jako taki polihistor zaordynował oprócz filozofii, obłożenie się sekcją pastoralną, gdzie wpadłem w grono poszukujących teologów. Powiem jeszcze, że w tym kręgu podchwycona książka Adama – „Wesen des Katholizismus” – przydała mi się później wydatnie. Po doktoracie honorowym kard. Ratzingera u nas we Wrocławiu, niemiecki konsul wyprawił nobliwą ucztę. Po pierwszym daniu usadowiliśmy się w takich wnękach. Do wnęki zajętej przez Ratzingera nie wszyscy się garnęli, trochę z braku Sprechstoffu. I przytrafiło mi się jak ślepej kurze ziarnko. Znałem go już przedtem z „Salzburger Huchschulwochen” i zrobiła się wspaniała niemal dwugodzinna debata. Brał w niej udział jeszcze bp Tyrawa. Ratzinger kreował siebie wspaniale, skromnie – ciągle jako rówieśnik, każdy opowiadał coś wedle przykładu jego książki „Mein Leben”. Ale trafiliśmy też na K. Adama, do którego on nawiązywał w Tybindze swoim „Wprowadzeniem w chrześcijaństwo”. Mnie w młodości denerwowało słabo jeszcze rozumiane „extra Ecclesiam nulla salus” – aż tu nagle u K. Adama przeczytałem: „die Grenzen der Kirche sind die Grenzen der Menschheit”. Kard. Ratzinger rozsnuł zaraz swoje paralele do dokumentu „Dominus Jesus”. Twierdził, że chciał coś podobnego powiedzieć no i żałował, że nie wszyscy zrozumieli jego zamiaru. Nawiązywaliśmy jeszcze do tego na Synodzie w Rzymie 2001, gdzie byłem w jego grupie. Zapadło to w pamięci, także jego, gdyż odtąd tu i ówdzie ktoś z jego bliskich ponawia jego pozdrowienie: „grüssen sie mir die Breslauer”.

Mówimy o dzisiejszym Papieżu, o Ratzingerze. Nasuwa mi się Wiedeń i kard. König. Pamiętasz dwa w Tygodniku obok siebie biegnące wywiady obu tych Wielkich? To były poważne teksty. Nie wiem, czy też podobnie zostały nie należycie zrozumiane, żeby powołać się na Ratzingerowe „Dominus Jesus”?

Te wywiady wywołały poważne dyskusje, a co najmniej niezrozumienie. Powiem jasno, że w czasie tej wrocławskiej debaty z kard. Ratzingerem u konsula pytałem o to „sąsiedztwo” obu tych tekstów w Tygodniku. Ratzinger mnie zaskoczył. Odpowiedział, że traktuje je komplementarnie. Toteż, kiedy napisałem o tym Königowi – ten odpisał z wielką radością, iż zdanie Ratzingera stanowi dla niego ważną wiadomość. Widocznie dłużej ze sobą nie rozmawiali, zresztą König już miał swój wiek. I kard. Ratzinger jako delegat Ojca Świętego pojechał kard. Königa grzebać. Ale w tym miejscu, Eminencjo, musimy się cofnąć do owego słynnego oczekiwania tegoż Dostojnika na Moście Cieszyńskim, na Olzie, co mnie zawsze jako Cieszyniaka nobilituje.

Tak, co to były za czasy, ileż się od tamtych sześćdziesiątych lat zmieniło. Rzeczywiście oczekiwaliśmy przyjazdu kard. Königa w Cieszynie z Karolem, co ja mówię, z kard. Wojtyłą i przyszłym Papieżem. Oprócz kierowcy jechaliśmy w trójkę – i do Krakowa i do Warszawy, gdzie czekał Prymas. Co za rozmowy w tym samochodzie. Dla Königa pierwsza na polskiej ziemi, ale ciekawa i ważna. Tego nigdy nie zapomnę.

Kardynał przyjeżdżał wówczas z Wiednia a to kojarzy się choćby z oknem na wolny świat.

Myślałem, że tylko z Erharterem i jego wigilijnym Weihnachtstagung, gdzieśmy poznali się nieco bliżej. Żartuję, żartuję – stąd wiodła droga do Rzymu, na Szwajcarię. Ale co ważniejsze König witał zawsze naszych biskupów już na dworcu.

Dla mnie, jeżeli mogę powiedzieć, łączył się Wiedeń z pierwszym wolnym uniwersytetem. Uczyłem się tam u Klostermanna i przede wszystkim w szkole Mesnera, którego proces beatyfikacyjny jest wszczęty. Spotkał mnie zaszczyt, że byłem referentem teologicznym w procesie Mesnera.

Co potem? Jechałeś dalej na południe?

Coś o wiele ważniejszego chcę powiedzieć. Tam, na Wollzeile 2 mogłem kiedyś wejść w ślady samego kard. Macharskiego. Zahaczyłem o sekretarzy kard. Königa, którzy okazywali mi, owszem dzięki ich Szefowi, wiele przyjaźni. Opowiadali wówczas o potężnym wrażeniu, kiedy zjawił się kard. Macharski i pytał skromnie, czy może skorzystać z telefonu. Opowiadali jak to Kardynał nie wypraszał ich z pokoju. Pokręcił na aparacie i za parę chwil rozpoznali, że ich Gość rozmawia z samym Ojcem Świętym. Das hat uns stark beeindruckt, słyszałem w dopowiedzeniu.

Mogło tak być. Ponakładali na mnie nieraz różni ludzie wiele zadań, niekiedy na różnych drogach. I przed opuszczeniem „wolnego świata” musiałem z tym uzbieranym balastem coś zrobić. Stąd też taka forma. Ale widzę, że z Wiednia zbliżamy się powoli do domu. Proszę Cię pogadajmy o Wrocławiu.

Jeśli Ksiądz Kardynał pozwoli – żebym nie wyglądał na intruza – to trochę chciałbym się wkupić w sam Kraków. Nie będę już opowiadał jak mi serce biło, gdy po raz pierwszy z autobusu widziałem wieże Krakowa.

To niech ci będzie. Dajmy miejsce Krakowowi.

Wiem, że ja zaolziański prowincjusz rozmawiam z rodowitym Krakowianinem. Otóż pierwsze, co było – w r. 1946 podpatrzyłem jak dyrektor gimnazjum w Orłowej Alojzy Drozd abonuje „Tygodnik Powszechny” i postanowiłem go naśladować. Pamiętam pierwsze tytuły, kiedy nadszedł. A znaczek, jaki wymowny – z Bratem Albertem tulącym do serca dzieciątko. Znaczek bez perforacji, cięty nożyczkami. Myślę o tym jak o relikwii. Otrzymywałem „Tygodnik” przez cztery lata do Ołomuńca i czytywali go niemal wszyscy profesorowie w Ołomuńcu. Buldożer komunistyczny jednak wszystko rozjechał. Po październikowej odwilży 1956 próbowałem pośrednio poprzez polonistykę na UJ dostać się na teologię w Polsce. Korespondowałem z prodziekanem K. Wyką, ale to nie dało w Czechach efektu. Kiedy po czasie już byłem w Śląskim Seminarium w Krakowie, rektor Stroba nie wiedział, w którym kursie mnie umieścić. Na szczęście wytropił mnie abp Kominek i ten fakt, powiem patetycznie – już mógł po siedmiu latach czekania – wprawiać w zachwyt.
A później, później nadeszły lata, kiedy już mogłem inaczej oglądać Kraków. Komisja Duszpasterska w Zakopanem bądź na Francuskiej, wiele razy z Józiem Majką w delegacji na ingresy, inauguracje, procesje na Skałkę. Nie zapomnę sakry abpa Jaworskiego i doktoratu honorowego Casarollego. Włączył mnie Ksiądz Kardynał wówczas w grono jego rozmówców, – bo na początku, tam przy szwedzkim stole, nie było wielu chętnych. I czego nie wolno zapomnieć. Wiele obiadów u kard. Wojtyły, gdyż jak Eminencja wie, On zapraszał na ogół znajomych, jakich napotykał w kuluarach kurialnych. Chociaż wymawiałem się, że mam pociąg, odpowiadał: wiem dobrze, kiedy odjeżdża pociąg. To choćby tyle dla jakiejś legitymizacji.

Otóż, kiedy ja wybierałem się z pierwszym wykładem do was, do Wrocławia, bodaj o laikacie, to już o was wiele wiedziałem. Nie wiem, dlaczego ten wykład o apostolstwie świeckich nigdy nie został opublikowany?

To Józiu Majka chciał ten tekst zaanektować jako pierwszą publikację zakładanego nowego instytutu. Pechowo gadali jego nowi pracownicy z Cenzurą, a reprezentował ją jakiś nieudaczny ekskleryk, – że nie zdążyli wydać przed rozwiązaniem instytutu. Ciekawe jest i to, jak dobijaliśmy u Eminencji o przyjęcie owego wykładu. Pojechaliśmy wówczas z Ustki do Karwi. Był to taki niezgłoszony najazd na Księdza Kardynała w czasie ferii i udało się.

To był ledwo początek. Potem inauguracje wydziałowe, chyba jako rewanż za wasze przyjazdy do Krakowa, a potem już cały szereg oficjalnych wypraw. Właściwie to ja wtedy kontynuowałem pracę Karola. Ileż było jubileuszy kard. Gulbinowicza, poświecenia, święta jadwiżańskie w Trzebnicy, otwieranie Dni Duszpasterskich. Zresztą lubiłem do was przyjeżdżać, z Józiem Majką znaliśmy się. Stąd też poczułem się w obowiązku być na jego pogrzebie. Pamiętasz to niedzielne popołudnie. Jaka masa księży na jego pogrzebie? I ta długa trasa na cmentarz. Po kolacji u kardynała Gulbinowicza, pamiętam też nasze długie gadanie potem w apartamentach Gospodarza. Oczywiście, najbardziej wraca w wyobrażeniach Kongres Eucharystyczny. Bo mnie to tam trzeba było być dwa razy. Wiesz jak to najpierw decydowaliśmy, jak przedstawić kazanie nieobecnego kard. Lehmanna, ale dobrze wyszło. Potem miałem tłum radosnej młodzieży do bierzmowania. Wreszcie to układanie telegramu kondolencyjnego, długiego – z powodu śmierci jego matki.

On nam tego nigdy nie zapomniał. Zabrał mnie na jubileusz katedry kolońskiej kard. Gulbinowicz. Po niebywałej, jak na Niemcy, uroczystości znaleźliśmy się w owym Maternushausie Meisnera. Miałem okazję stanąć koło Lehmanna, szykując coś do obiadu. Komplementowałem mu wtedy ogromny aplauz, jaki otrzymał im Kölner Dom. Dodałem, że matka to ogląda z nieba i ośmieliłem się na wzmiankę, że jeszcze więcej zobaczy. I kiedy stał się kardynałem – zobaczyła.

No i trzeba wspomnieć owo we Wrocławiu nabożeństwo ekumeniczne w tłumnej Hali Kongresowej. Wreszcie to niezapomniane śpiewanie Ojca Świętego, kiedy zaintonował w auli „Zróbcie Mu miejsce”. Im dalsza zwrotka, tym mniej śpiewaków. Ostatnią zwrotkę ciągnął dosłownie sam. I tak uroczyście Papież zakończył Kongres. Było w tym coś niepowtarzalnego.

Księże Kardynale! My byśmy mogli też ciągnąć tak aż do rana. Do rana. Skąd to mam? Właśnie od papieskiego stołu. Podczas półtora godziny przewidzianej na kolację zerkałem pod stołem na zegarek, czy nie należy przeprosić i odchodzić, Ojciec Święty widząc to, mnie uspokajał. Robiłem tak, gdyż nie było ani kardynała Stanisława, ani wietnamskiego kapelana. Sam na sam z Ojcem Świętym! Wątki rozmowy przechodziły gładko z jednego w drugi. Noszę owo niesamowite wrażenie, to vis a vis, to naprzeciw Ojca Świętego. Ksiądz Kardynał nosi w sobie zaiste takich setki. Kiedy zbliżała się godzina Apelu, Papież właśnie powiedział: my byśmy mogli mówić tak aż do rana. Ale będzie nowa okazja.

Przeżyliśmy, Jasiu, historyczny czas. Tego nie da się nijak pomniejszyć.

Jak już to już. Pamięta Eminencja, kiedy byliśmy w Laskach. Był też abp Kominek. Wówczas, w takiej ogromnie żywej rozmowie, sędziwa przełożona, bodaj matka Czacka zawyrokowała: ależ nam Pan Bóg pozwolił dożyć pięknych czasów. Myślę, że trwa ten piękny czas i tu u Sióstr Albertynek. Czuję to przez druty i przez skórę, że kiedy telefonuje taki Krucina, siostra Danuta robi wszystko, nawet na przełaj przez obecnych gości, ażeby mnie połączyć z Księdzem Kardynałem.

Masz rację. Mówić moglibyśmy jeszcze długo, a u Albertynek, tutaj trwa dla mnie przedłużenie tego pięknego czasu. Jak nam Pan Bóg pozwoli, po tych naszych „osiemdziesiątnicach”, to znowu będziemy gadać i nagrywać. Tylko, co Ty z tym potem zrobisz?

Wydamy dalszą książkę. Już nie z Franciszkańskiej, ale z tutejszego „genius loci” – z kręgu Brata Alberta i żywej pamiątki Ecce Homo.